Też czuję się zobowiązana...

Refleksyjne strony życia...

dział: nasi goście
autor: Beata Kaczmarczyk
opublikowano: 2020-10-09 00:00:00

   Do Krakowa zawsze powracam z lękiem. Boję się spotkania z miastem mojego urodzenia i młodości. Bo to miasto duszę ma wielką, wrażliwą, patriotyczną i mądrą. Dziś ono jest inne i ja jestem inna. Lękam się niektórych pytań i wysiłku dawania odpowiedzi. Zawczasu więc przygotowuję scenariusz spotkania. 
Wiem, że będziemy na siebie nawzajem patrzeć i kiwać głowami.
Miasto spyta: -To ty?!
A ja zapytam:  -To ty?!
I po tym wstępie rozpoczniemy nieśmiało rozmowę o tym, co się zmieniło...
Jestem prawie pewna, że dziś Kraków rozpocząłby rozmowę ze mną od następujących słów: To już 14 lat odkąd nie ma z nami Marka Grechuty...Już wkrótce, za sprawą kolejnego festiwalu poświęconego twórczości Marka (Grechuta Festival) -  wrażliwi, utalentowani, oryginalni soliści  będą próbowali znaleźć własny ton do Jego piosenek, nie niszcząc przy tym delikatnej tkanki oryginału. Masz pewnie świadomość, że odczytać na nowo piosenki tak mocno zapamiętane, tak ściśle przefiltrowane przez wrażliwość i osobowość Grechuty - nie jest łatwo. Tymczasem wielu pokaże, że można...
  Zapewne w dalszej części tej naszej rozmowy Kraków malowałby słowami przejmujące i prawdziwe obrazy związane z tym projektem. 
 A potem przyszłaby kolej na moją opowieść:
Przestronne wnętrza redakcji, w której pracuję, zdobią od lat liczne pamiątki i fotografie, stanowiące historię naszej pracy. Te zatrzymane w kadrze chwile, tworząc nasz własny ogród pamięci, dają nam szansę spojrzenia wstecz. Nierzadko pobudzają do wspomnień, wzruszają i wywołują nostalgię...
 Dziś, na okoliczność 13. rocznicy śmierci Marka, mój wzrok kierował się uparcie w kierunku jego fotografii, która zdobi zawieszoną na ścianie, oprawioną w solidne ramy  publikację naszej gazety z dnia 19 kwietnia 2001 roku. Obok zdjęcia, z którego patrzy artysta, intrygujący tytuł: "Czuję się zobowiązany".
W dalszej części tekstu -  relacja z jego koncertu, który odbył się 7 kwietnia 2001 roku w sali estradowej Pulaski Middle School w New Britain, CT, a także fragment wywiadu z Mistrzem:
- Andrzej Gromadowski : -  Czym dla pana jest Kraków?
- Marek Grechuta: - Urodziłem się w Zamościu, ale od ponad 30 lat mieszkam w Krakowie. Kraków to miasto, gdzie na każdym kroku człowiek ociera się o artystów. Kraków to miejsce ze specyficzną atmosferą sprzyjającą tworzeniu. Każdy czuje się tam zobowiązany...

   Wiesz (moje miasto), w tamtej pełnej zadumy chwili szepnęłam do siebie i jakby do ciebie: Nikt tak pięknie nie będzie zdejmował palta ze zmokniętej wiosny. Nie doceni ciszy i oddechu trawy. Marka Grechuty nie da się zastąpić, ale jego legenda musi trwać. I obiecuję ci, że będę robić wszystko, aby ocalić od zapomnienia ten muzyczny diament, który jest twoją ikoną. Bo jako ekscentryczna krakowianka - TEŻ CZUJĘ SIĘ ZOBOWIĄZANA.
I właśnie w ramach tego zobowiązania postanowiłam podzielić się z naszymi Czytelnikami Jego i troszkę moją  historią...

     W Krakowie moich dziecięcych lat nie mogło zabraknąć wielkiego artysty, skromnego i delikatnego człowieka - Marka Grechuty. Jego muzyka wypełniała mój domu na co dzień i od święta. Bo on - cherubinek o kręconych włosach, dużych oczach i zmysłowych ustach  - oczarował i zafascynował moją starszą siostrę i trzy moje sąsiadki.
 Kiedy po raz pierwszy usłyszałam słowa: "Weź to serce, wyjdź na drogę i nie pytaj się dlaczego..." -  nie rozumiałam z nich nic. Jego muzyka była dla mnie wielką tajemnicą. Odkrywałam ją przez lata, aby stojąc na progu swojej dorosłości dojść do wniosku, że to, co on robi, jest chyba najlepszą definicją poezji. Tam, gdzie kończy się codzienne słowo, tam zaczyna się Grechuta ze swoją tajemnicą, charyzmą, wzruszeniem i zmysłowością. 
   Kiedyś, słuchając jego piosenek, mogłam tylko marzyć, że staniemy ramię w ramię na scenie, przygasną światła, popłyną pierwsze takty muzyki... i ja, ze swoim nieokiełznanym, amatorskim i chaotycznym światem nutek wejdę w czarowny świat nut Marka Grechuty. A jednak marzenia się spełniają...
 Będąc na pierwszym roku studiów, podczas finału Krakowskiego Festiwalu Piosenki Studenckiej, miałam szczęście występować z nim na specjalnym koncercie w Klubie pod Jaszczurami. I choć byłam jedynie członkiem dość licznego chóru (stworzonego na potrzeby chwili) zakochałam się bez pamięci w tej muzyce. Od tamtego momentu jego utwory stały się towarzyszami mojego życia. Na dobre i na złe. 
To niecodzienne spotkanie, a co za tym idzie nowe "artystyczne znajomości " sprawiły, że mogłam z coraz większą pasją zgłębiać tajemnice kariery i osobowości mojego mistrza.

   Rodzice Grechuty nie pisali wierszy, nie komponowali muzyki, ale w 1947 roku kupili synowi pianino. Do głowy im pewnie nie przyszło, że właśnie zainwestowali pieniądze w coś, co stanie się prezentem dla nas wszystkich -  w talent Marka.
Najpierw grał na pianinie z siostrą. I nie było to nic poważnego. Potem zaczął uczęszczać na lekcje muzyki. Trwało to 8 lat. Grał w przedstawieniach szkolnych, tańczył, recytował Kasprowicza, ale na pewno nie myślał poważnie o przyszłości artysty. 
Kiedy wydoroślał, postanowił zostać architektem.
 Mieszkając w Krakowie miał jednak szansę obcowania nie tylko z cudami architektury. Mógł też, spacerując wieczorem po Rynku, wpaść do słynnej Piwnicy pod Baranami i... oszaleć z zachwytu. Bo każdemu, kto tam wszedł, wydawało się, że jest w centrum świata i wszystko, co dzieje się poza nim jest dużo mniej ważne.
 Ponoć bywał tam często i pod wpływem tych wizyt bladła jego wymarzona architektura.
   Chyba na trzecim roku studiów natknął się u kogoś w akademiku na pianino. I coś go do niego zaczęło ciągnąć już nieodwołalnie. Grał nie tylko to, czego go nauczono. Nagle wymykały mu się spod palców melodie, których nigdy nie słyszał. I zdumiony stwierdził, że to on jest ich autorem...
A kiedy do melodii zaczęły się dopisywać słowa, na przykład :"Nie dokazuj, miła, nie dokazuj, przecież nie jest z ciebie znowu taki cud " - postanowił coś z tym zrobić.
  Był młody, pełen energii i pasji. I miał na studiach bardzo zdolnego kolegę Jana Kantego Pawluśkiewicza. W małej salce akademika założyli więc kabaret Anawa (dopiero później powstał zespół muzyczny o tej samej nazwie). Anawa  -  z francuskiego "en avan" to  znaczy "do przodu", "naprzód".
No i popędzili jak burza. Na ich występy przychodzili najpierw koledzy i koleżanki z akademika, a potem zaczęli się pojawiać ludzie "z miasta", artyści, intelektualiści.
  Byli zdolni, ale i piękni. Kiedy udało się na chwilę oderwać wzrok od zjawiskowego uśmiechu Marka, natychmiast dostawało się w zamian błyszczące oczy i ognistą czuprynę Pawluśkiewicza oraz ideał męskiej urody, czyli Jacka Ostaszewskiego. Był też cudowny hipis - Marek Jackowski (kręciła się koło niego piękna dziewczyna, z którą potem założył zespół Maanam, czyli Kora), dwóch jasnych Zbyszków - Wodecki i Paleta. I jeszcze dwóch Tadeuszów - Kożuch i Dziedzic, czyli altowiolinista i gitarzysta. I Ania Wójtowicz - wiolonczelistka. Piosenka Wojtka Młynarskiego i Skaldów - jej właśnie jest poświęcona.

    Marek Grechuta śpiewał, pisał, komponował i malował obrazy. A jaki był prywatnie?
Nie interesował się polityką. Zawsze należał do grona tzw. wewnętrznych emigrantów, a nie buntowników. Nie chciał zrozumieć dzisiejszego świata i uciekał w swój własny. 
Gdy tworzył - był nieobecny. Ponoć kiedyś "komponował" prowadząc samochód. Jechał na koncert do Jeleniej Góry. Powstał wówczas piękny utwór, ale o wyznaczonej godzinie koncertu witali Grechutę mieszkańcy... Zielonej Góry. Zabłądził. 
 Pasjonował się też sportem. Podczas mistrzostw albo igrzysk olimpijskich zawieszał na ścianie grafik z godzinami transmisji i kanałami, na których mógł oglądać kolejne wydarzenia sportowe.
 Uwielbiał muzykę Bacha i Vivaldiego, muzykę łąk i lasów, stare polskie czarno-białe filmy (nie znosił współczesnego kina, pełnego krwi i przemocy). Lubił sztalugi, orzeszki w czekoladzie, papier nutowy i białe kartki papieru. To wszystko dawało mu siłę i ochotę do pracy.

Kochał DOM i bardzo, bardzo kochał swoją żonę Danusię. Była dla niego najważniejszą nagrodą w życiu. I najwierniejszym przyjacielem. Aby wywołać uśmiech na jej twarzy, potrafił za cały miesięczny zarobek kupić jej walizkę pełną sukienek. W jednym z wierszy nazwał ją "świętą żoną". Bo ona, "zapominając" o swoich zawodowych ambicjach, była jego menedżerem, opiekunem i czułym krytykiem.
  Lubił bujać w obłokach. Zdarzało się, że na koncert do Piwnicy pod Baranami przyszedł w dżinsach i swetrze, a pod spodem miał... piżamę. "O cholera, zapomniałem! "  - wykrzykiwał wówczas, przebierając się w garnitur. O nim nigdy nie zapominał. 
   W 1999 roku na jeden z koncertów Marka Grechuty przyszło ponad 10 tysięcy osób. Mistrz wyszedł na scenę i... nie zaśpiewał. Ktoś dał mu czerwoną różę. Zespół więc grał, śpiewał tłum, a on dyrygował... czerwoną różą. Ta wzruszająca scena walki, którą Grechuta toczył w chorobie o każde spotkanie z publicznością,  miała wymiar symboliczny. Uczyła wrażliwości, miłości i pokory wobec wyroków tego świata.

  17 października 2006 roku, gdy artysta spoczął w Alei Zasłużonych Cmentarza Rakowickiego w Krakowie, wielbiciele jego twórczości składali na grobie kwiaty. 
Głównie czerwone róże...
   Piotr Skrzynecki, szef Piwnicy pod Baranami, powiedział kiedyś: "Marka Grechutę uważam za najgenialniejszego piosenkarza polskiego", a Wojciech Majewski, znany pianista jazzowy, dodał po latach: "Marek Grechuta nie przyszedł na niczyje miejsce i nie będzie przez nikogo zastąpiony". 
Podpisuję się pod tymi słowami obiema rękami. 
   Dziś, w dniu pełnym wspomnień, odczuwając wciąż wielką, niepowetowaną stratę, odczuwam też WDZIĘCZNOŚĆ za to, że BYŁ i wzbogacił moje życie. Wiem, że w świecie dzisiejszej muzyki jego płyty mnie ocalą...
Tęsknię za Panem, Panie Marku!

zdjęcia zamieszczone w tekście - znalezione w Internecie