Chroniony Bożą Opatrznością

NASZ bohater spod Monte Cassino

dział: wywiady
autor: Beata Kaczmarczyk
opublikowano: 2022-10-30 00:00:00

    Ich zaufania łatwo się nie zdobywa. Jeszcze nie tak dawno nie mogli nawet wspomnieć o swoich przeżyciach. Teraz, gdy prawda historyczna ujrzała światło dzienne, powstają publikacje, dzienniki i opracowania, "by pamięć o nich nie odeszła w mrok". Ale to nie oni stają do wyścigu na pierwsze strony gazet i na okładki książek. To my musimy ich odszukać w tłumie ludzi...
 Co prawda los sprawił, że dzięki naszemu ubiegłorocznemu cyklowi pod hasłem "75. rocznica pierwszej masowej zsyłki Polaków na Sybir" udało mi się spisać bagaż wspomnień kilku żyjących wśród nas Sybiraków, ale w dalszym ciągu szukam... I - dzięki szczęściu, przypadkom i dziwnym zbiegom okoliczności - wciąż poznaję i odkrywam kolejnych. Tak, "odkrywam". Bo, jak było w przypadku mojego dzisiejszego rozmówcy - bywa, że znamy się od lat. Nasze życiowe ścieżki skrzyżowały się bowiem podczas polonijnych dożynek w New Britain, w sierpniu 2003 roku. Od tamtego momentu postrzegałam go jako wyjątkowego społecznika, oddanego członka kilku polonijnych organizacji, rozmiłowanego w tańcu sympatycznego, skromnego i bardzo pogodnego starszego pana, który wyróżniał się wytwornym zachowaniem względem kobiet. 
Ale żeby Sybir ?!. Żeby Monte Cassino...?!. A był TAM. Był i walczył. Jak dziś mówi:
CHRONIONY BOŻĄ OPATRZNOŚCIĄ  
Na ślad jego syberyjskiej tułaczki i bohaterskich czynów trafiłam kilkanaście dni temu, podczas tzw. POLSKIEGO DNIA NA KAPITOLU w Hartford. To właśnie wtedy, z rąk włodarzy stanu Connecticut, otrzymał szczególne wyróżnienie. Było ono wyrazem wdzięczności za jego społeczną działalność, która przyczynia się do zachowania i tworzenia życia kulturalno - społecznego całego stanu, a także nagrodą za to, że wybierając życie na obczyźnie, w sposób szczególny sławi Polskę i polskość.

     Z panem Józefem Smykiem,
 sybirakiem, bohaterem spod Monte Cassino  
   rozmawia Beata Kaczmarczyk

 - Pana dom rodzinnym to...
 - ...ciepły dom w Borysławiu. Miejscowości położonej w dawnym województwie lwowskim, która była ośrodkiem wydobycia ropy naftowej. W czasach mojego dzieciństwa znajowało się tam bardzo wiele szybów naftowych. Od 1923 roku nasze miasteczko znajdowało się w granicach Polski. Po agresji ZSRR znalazło się pod okupacją sowiecką. A jeśli chodzi konkretnie o rodzinę, to była niemal tą z bajkowych opowieści. Rodzice, dzieci (starszy brat, siostra i ja), miłość, szacunek, wzajemna pomoc. 
 Do dziś wspominam rodzinne niedziele. Ojciec wówczas nie pracował i z uporem pielęgnował nasze wspólne posiłki. Po obiedzie, w lecie - zabierał nas do lasu, natomiast zimą - na skocznię narciarską. Zaliczyłem nawet spore osiągnięcia w tym sporcie. Skakałem ze skoczni, która miała 28 metrów wysokości. 
 - A jak wspomina Pan swoją szkołę?
 - Trzeba było pokonać dystans około 4 kilometrów, żeby do niej dotrzeć. Ale nie było to dla mnie problemem. Lubiłem się uczyć. Później, lubiłem też pracować. 
Moja pierwsze zawodowe doświadczenia zdobywałem w małej fabryce produkcyjnej (chwila ciszy). I właśnie praca w tamtym miejscu, a właściwie towarzyszące tej pracy incydenty, zadecydowały o takich, a nie innych kolejach mojego losu.
 - Czyli?
 - Jestem sybirakiem.  Wywieziono mnie w głąb Rosji. Ale nie zostałem wysiedlony podczas masowych wywózek. Ja zostałem tam zesłany za działalność polityczną, za bunt przeciw ZSRR (chwila zadumy).  Z mojej rodziny wysiedlono tylko mnie.  Rodzice, rodzeństwo pozostali w domu. 
 - Ile Pan miał wtedy lat? I jak do tego doszło? 
 - Urodziłem się w marcu 1921 roku. W maju 1940 miałem więc skończone 19 lat...Hmm, piękny wiek... Właścicielem fabryki, w której pracowałem był rosyjski Żyd. I to on, nam - młodym Polakom, nakazał pierwszego maja, w święto pracy, maszerować w organizowanym przez siebie pochodzie. Polecił nam przy tym, abyśmy w rękach trzymali  transparenty z portretami Lenina i Stalina. Nie mogło być inaczej, zbuntowaliśmy się. Transparenty zniszczyliśmy. Znalazły się na śmietniku.
  
W trzy dni po tym incydencie, około godziny 2.00 nad ranem, 4 maja 1940 roku, NKWD zapukało do drzwi naszego domu.  Nie pozwolili mi zabrać nawet najmniejszego drobiazgu... Do dziś przechowuję w pamięci obraz mamy, która - z charakterystyczną dla niej troską - chciała podać mi ciepły sweter (chwila ciszy)... Sama wydziergała go dla mnie na drutach... Nie pozwolono. Gdzieś przez mgłę pamiątam też, iż powiedziano jej wtedy, że wrócę zaraz...
 - Czy to właśnie tamtego dnia rozpoczęła się Pana podróż na Sybir?
 - Ależ nie. Najpierw, ja i dziewięć innych osób, byliśmy więzieni w Borysławiu. Pobyt tam trwał kilka tygodni. Potem przewieziono nas do więzienia w miejscowości Drohobycz. Tam też, po kilku miesiącach, sąd wydał na nas wyroki. Mnie skazano na 8 lat ciężkich robót na Syberii. 
Nie pamiętam już dokładnie jak potraktowano wówczas innych kolegów. Z całą pewnością jednak wiem, że Józia Kulczycka, która uczyła języka polskiego i historii w swoim domu - dostała wyższy wyrok ode mnie. 
 - Czy pozostały w Pana pamięci jakieś obrazy z podróży do tej nieludzkiej ziemi? 
 - Jest ich wiele, ale jeden obraz wciąż powraca w snach: wyrzucanie z wagonów bardzo chorych, umierających ludzi. Transportujący nas żołnierze NKWD pozbywali się w ten sposób "kłopotu".
 - W jaki rejon Pana zesłano?
 - Wywieźli nas do miejscowości Workuta, około 160 kilometrów od koła podbiegunowego. Zima tam trwała 8 miesięcy, natomiast latem tzw. "wieczna zmarzlina" rozmarzała do głębokości kilkudziesięciu centymetrów. Cały teren był wówczas silnie podmokły i zatorfiony. Już samo poruszanie się było bardzo uciążliwe. A my musieliśmy tam pracować.  Do tego wszystkiego, w okresie letnim, "walczyliśmy" z plagą komarów oraz jeszcze groźniejszych agresywnych meszków, które powodowały dotkliwe ukąszenia wszelkich nieosłoniętych fragmentów ciała. 
To było straszne miejsce. Szerzyły się choroby. Infekcje od zadrapań. Ludzie masowo umierali... W okolicy mojego miejsca zakwaterowania było więcej krzyży niż kamieni...Dziś myślę, że gdyby nie tzw. amnestia z  1941 roku, nikt z nas by stamtąd żywy nie wrócił.
- Skoro padło już hasło "amnestia", zapytam wprost: Gdzie los Pana rzucił po "odzyskaniu wolności"? 
 - Hmm, "wolności"... Kilka miesięcy po ogłoszeniu "amnestii" wywieziono nas  do Uzbekistanu. Podróż trwała 21 dni. I właśnie tam stał się CUD. A właściwie dwa...
 - ???
 -   Do dziś nie wiem, dlaczego spośród tysięcy Polaków to właśnie mnie wybrano do
pracy w Polskiej Ambasadzie w ZSRS z delegaturą w Samarkandzie, gdzie urząd ambasadora sprawował wówczas Stanisław Kot.  Zatrudniony tam zostałem jako elektromonter, ale wykonywałem przede wszystkim obowiązki łącznika - kierowcy. Wiem, że może to zabrzmieć zbyt patetycznie, ale traktowałem tę pracę jako wyjątkową służbę Polsce. Czułem się potrzebny ojczyźnie.
- Rozumiem, że to był ten pierwszy cud. A kolejny?
 - Jako pracownika ambasady obdarowano mnie służbową, czystą, chyba zupełnie nieużywaną kurtką. Do dziś pamiętam ten moment...(chwila milczenia)
 - Dla kogoś, kto przez szereg miesięcy nosił na sobie obszarpane, zniszczone i brudne ubrania musiała to być chwila szczególna... 
 - I była. Ale z nieco innego powodu niż Pani sądzi. Kiedy po raz pierwszy założyłem tę kurtkę, odruchowo włożyłem ręce do kieszeni. I właśnie wtedy, w jednej z nich, znalazłem małą książeczkę. Jakież było moje zdziwienie, jaka radość (!), kiedy okazało się, że jest to książeczka do modlenia, napisana w języku polskim. Ku mojemu jeszcze większemu zaskoczeniu, okazało się, że wydana była w Stanach Zjednoczonych, przez jedną z polskich parafii Nowego Jorku.   
A na jednej z pierwszych stron, ktoś odręcznie, ołówkiem, ale bardzo wyraźnie napisał swoje polskie nazwisko wraz z adresem w stanie Pensylwania. Trudno się chyba dziwić, że wszystkie następujące po sobie chwile rozbudziły we mnie dobre emocje, a co za tym idzie - wspomnienia z rodzinnego domu, z którym od wielu, wielu miesięcy nie miałem przecież żadnego kontaktu. Te nieoczekiwane momenty dodały mi też wiary, nadziei i  tak bardzo wówczas potrzebnej - siły...(długa chwila ciszy)
 - Czy udało się Panu odkryć tajemnicę tego modlitewnika?
 - Zadanie nie było wcale takie trudne. Moja kurtka pochodziła z darów, które przesłał do Samarkandy oddział Polskiego Czerwonego Krzyża z siedzibą w USA. Jak się okazało, organizował on w wielu parafiach USA zbiórkę odzieży i żywności dla polskich uchodźców w ZSRS. 
Po kilku tygodniach obcowania z tym modlitewnikiem, czułem, że muszę podziękować bezpośrednio darczyńcy. Kopiując więc, literka po literce, adres z książeczki, napisałem dziękczynny list do Pani Moczydłowskiej. Oczywiście miałem świadomość, że są nikłe szanse na jego dotarcie do adresatki. Wysyłałem przecież listy do DOMU i nigdy nie było wiadomości zwrotnej. Wychodziłem jednak z założenia, że warto spróbować. Moja wdzięczność była ogromna.
 - Otrzymał Pan odpowiedź? 
 - Słowo "odpowiedź" to stanowczo za mało. Otrzymałem nie tylko słowa otuchy, zapewnienia o modlitwach w mojej intencji, ale także niewielkie paczki z żywnością. 
 - Czy oznacza to, że stworzyła się między Wami swego rodzaju zażyłość?
- Korespondencja z rodziną Państwa Moczydłowskich towarzyszyła mi także na szlaku, który później przemierzałem z Armią generała  Andersa. Mało tego! Dzięki tej właśnie rodzinie, otrzymywałem też pomoc od urzędniczki poczty z miejscowości Bethlehem (Betlejem) w Pensylwanii. Pracowała ona w urzędzie, z którego Pani Moczydłowska nadawała listy do mnie. Ponoć któregoś dnia, podczas spontanicznej z nią rozmowy, zaproponowała, że przejmnie na siebie "obowiązek" wspierania mnie. Uważała bowiem, że moi darczyńcy powinni  skupić się na pomaganiu swojemu synowi, który służył wówczas w armii amerykańskiej. 
Dodać muszę, że ta kobieta o wielkim sercu nie była Polką. Pochodziła z  Holandii. 
 - Czy spotkał Pan kiedykolwiek tych ludzi?
 -  Kiedy kilkanaście lat później przybyłem do USA,  pojechałem do Bethlehem. Pod dobrze mi już znanym adresem (pisałem go przecież wiele razy...) zastałem już tylko ich dorosłe dzieci... Żadne z nich o życzliwej Pani z pocztowego okienka, niestety, nic nie wiedziało. Szukałem więc na własną rękę...Na próżno. Nie znalazłem żadnego śladu.
Cała ta historia wciąż we mnie żyje. Ona coś we mnie otworzyła...Dzięki pomocy tych ludzi potrafiłem stawić czoło demonom tamtego wojennego świata.
 - Na Pana drodze stanęły żyjące na ziemi ANIOŁY...
 -  Tak, miałem szczęście...(chwila milczenia Hmmm, później, tuż przed bitwą pod Monte Cassino, spotkałem jeszcze jednego...
 - Może jednak, zanim poruszymy temat:"Józef Smyk - bohaterem spod znaku Czerwonego Maku",  zatrzymajmy się, choć na chwilę, przy temacie: "Józef Smyk wstępuje do armii generała W. Andersa".
 Chcę opowiedzieć moją historię chronologicznie, choć nie ukrywam, że wiek robi swoje. Mam 95 lat i mieszam już pewne fakty. 
 Kiedy dowiedziałem się o tworzącym się wojsku polskim na terenie Związku Sowieckiego, nie miałem wątpliwości. Musiałem być w jego szeregach. Chciałem walczyć. Podobnie jak dziesiątki tysięcy innych Polaków, którzy znajdowali się wtedy na tej nieludzkiej ziemi. 
Nas, chętnych, gotowych do walki, choć wyczerpanych i wygłodzonych, było dużo. Gorzej rzecz się miała z kadrą oficerską...Polskie instytucje, w tym ambasada w której pracowałem, zaniepokojone były faktem, że do organizowanego wojska nie zgłaszali się oficerowie więzieni wcześniej w obozach w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie. Tymczasem Sowieci konsekwentnie unikali odpowiedzi na pytania o zaginionych i utrudniali władzom polskim prowadzenie poszukiwań. Pamiętam, że sam Stalin całą tę sytuację tłumaczył cynicznie wojennym chaosem i ich rzekomą ucieczką do Mandżurii. 
 - Mówi się dziś, że armia Andersa była najbardziej niezwykłą wśród wszystkich armii alianckich czasu II wojny światowej...
 - I dobrze, że już dziś wolno o tym mówić. Ta armia był niezwykła. Składała się przecież wyłącznie z jeńców, więźniów i zesłańców. I dowodzona była przez jeńców i więźniów. My wszyscy kwalifikowaliśmy się bardziej do hospitalizacji niż do wojska.(chwila milczenia Kilku tysiącom ludzi, którzy chcieli walczyć, a nie mieli wojskowego przygotowania, nigdy nie udało się dotrzeć do miejsc tworzenia się polskich oddziałów. Ich fatalny stan zdrowia i koszmarne warunki, trwających niekiedy miesiącami, podróży, sprawiły, że umierali w drodze z głodu, zimna i chorób... 
- Jak wspomina Pan podróż z dna piekła na Bliski Wschód?
 - Hmm, z dna piekła. Dobrze to Pani ujęła... Z tego piekła wyjechałem ostatnim transportem. Podróż do Persji, przez Morze Kaspijskie, do łatwych nie należała. Okręt był skrajnie przepełniony, bo jak Pani zapewne wie, Armia generała Andersa "wyprowadzała" ze sobą z tego piekła kobiety i dzieci. Zdrowe, chore, i te umierające. Choć ludzka śmierć była mi wówczas codzienną towarzyszką, momenty, kiedy wyrzucano ciałka zmarłych dzieci za burtę powodowały, że i moje serce z bólu chwilami zamierało.
 Myślałem przez lata i myślę do dziś o tych dzieciach. Tak wiele przeszły i były o krok od świata lepszego, gościnnego, życzliwego... (chwila ciszy)  
Proszę, by Pani koniecznie napisała o tym, że około siedemdziesiąt siedem tysięcy polskich żołnierzy wyprowadziło ze sobą 44 tysiące cywilnych uchodźców, w tym 18 tysięcy dzieci. Cztery i pół tysiąca tych dzieci nosiło już mundury - to junacy i junaczki, nazywani wówczas przez prasę w Stanach Zjednoczonych najmłodszymi żołnierzami świata.
 - Obiecuję. Napiszę. Po dopłynięciu do Persji, rozpoczął się Pana szlak bojowy. Jak on przebiegał?
 - Po przybyciu do Teheranu wcielono mnie do 8. Pułku Artylerii Ciężkiej Przeciwlotniczej. Mój szlak był typowy - Persja, Irak, Palestyna, Syria, Egipt, Włochy.  Dużo by można było o nim opowiadać. To materiał na książkę, a nie na wywiad. Opowiem zatem o tym, co może dzisiejszego czytelnika zaciekawić. A zrobi wrażenie na pewno informacja o warunkach klimatycznych w jakich odbywały się wojskowe szkolenia. Za przykład niech posłuży Bagdad (stolica Iraku - przyp. red.), jedno z najgorętszych miast świata. Temperatury w lipcu i sierpniu z łatwością przekraczały tam 44 stopnie C. Pamiętam dni, kiedy termometry wskazywały nawet do 49 stopni C. Było więc koszmarnie gorąco, a my szkoliliśmy się. Bez narzekań, bez skarg. Wodę, często cuchnącą i słonawą, drastycznie racjonowano. Pożywienie składało się prawie wyłącznie z konserw. Tylko amunicji było pod dostatkiem. Powszechne było też wielogodzinne przebywanie w pełnych szczurów, piaszczystych i skalistych okopach. (chwila ciszy
 - Kiedy pułk, w którym Pan służył został przerzucony na front włoski?
 - Niestety, daty dokładnie nie pamiętam. Był to na pewno pierwszy kwartał 1944 roku. Pamiętam za to doskonale moment, kiedy postawiłem stopę na włoskiej ziemi. 
Przypłynęliśmy okrętem. W porcie panowały wojenne manewry. I właśnie wtedy przyczołgał się do nas starszy mężczyzna, który trzymał w zaciśniętej dłoni małe zawiniątko. Dużymi czarnymi oczami (pamiętam je do dziś) "lustrował" nas wszystkich, czyli 25. żołnierzy.
Bóg raczy wiedzieć, dlaczego właśnie do mnie zwrócił się z pytaniem: "Sei cattolico - Polacco?". Kiwnąłem głową na znak, że jestem polskim katolikiem. I wtedy wcisnął mi w dłoń to wspomniane już przeze mnie zawiniątko. To był różaniec...
Zanim zebrałem myśli, aby cokolwiek odpowiedzieć, mężczyzna oddalał się w stronę zabudowań. Kiedy zrobiłem kilka szybkich kroków, aby go dogonić i podziękować, wystawił rękę do przodu, jakby chciał dać mi znak STÓJ, po czym - łamaną polszczyzną - wypowiedział słowa, które do dziś brzmią w moich uszach: "Ten różaniec cię uchroni."
 - Czy udało się Panu kiedykolwiek dowiedzieć, kim był ten człowiek?
 - Nie, niestety. Nie widziałem go nigdy więcej. Nie było też czasu by szukać, by pytać... Przez cały okres walk na froncie włoskim nosiłem ten różaniec w kieszeni spodni munduru. Z nim czułem się pewniej...
 - Czy to właśnie tego mężczyznę postrzega Pan jako wspomnianego wcześniej, trzeciego Anioła?
 - Tak, właśnie tak. Ja na tym różańcu modlę się do dziś. On jest ze mną od 72. lat. A od wielu - leży na moim nocnym stoliku...
 - Ziemia włoska to więc dla Pana Anioł z różańcem, ale i krwawe starcie w rejonie klasztoru na Monte Cassino. Jakie zadania w tamtej bitwie miał Pana pułk? 
 -  Akurat w walce pod Monte Cassino wykorzystano mój pułk do zadań naziemnych. Niszczyliśmy punkty oporu, nosiliśmy amunicję dla walczącej na wzgórzu piechoty. Pamiętam, że wszyscy byliśmy bardzo zdeterminowani. Chcieliśmy pokazać światu, że Polacy się nie poddają...Było nam obojętne, czy zginiemy, czy nie. Poza tym, kierowała nami nienawiść do Niemców, którzy na nas napadli i zniszczyli nasz kraj. I może właśnie ta zawziętość, ta żądza odwetu zdecydowały.... 
Byliśmy wojskiem tułaczym, ale dzielnym, oddanym, gotowym do nadludzkich poświęceń. 
 - Czy okupione śmiercią 923. żołnierzy (2931. zostało rannych) zwycięstwo Polaków w tej bitwie, dało kres Pana wojennej służbie? 
 - Nie, w czerwcu 1944 roku była jeszcze walka pod Loreto, a potem o portowe miasto Ankona, gdzie 2. Korpus Polski odniósł samodzielne zwycięstwo. 
   Hmm, z walk o miasto Loreto pamiętam do dziś historię, która dowodzi, że nieuczciwi włodarze miast  nie pojawili się w czasach współczesnych. Zjawisko korupcji, chęć zyskania przez nich korzyści majątkowy, były obecne i w tamtych czasach. 
   Pod Loreto mój pułk strącił ważny dla tamtej bitwy samolot niemiecki. Kiedy  dotarliśmy do miejsca, w którym wylądowała katapultująca się załoga niemiecka, nie było śladów ani po żołnierzach, ani po spadochronach...Jak się później okazało, sam burmistrz miasta udzielił Niemcom natychmiastowego schronienia... Zażądał za ten wyczyn sporej sumy pieniędzy...
 - Jak się skończyła ta historia? 
- Włodarz Loreto i załoga tamtego myśliwca zostali przekazani w ręce Polaków...Jak potoczyły się ich dalsze losy, niestety, nie wiem...
 - A Pana dalsze losy? W którym miejscu świata miał Pan kolejny życiowy przystanek?
 - Po zakończeniu wojny, jak łatwo się można domyślić, zakotwiczyłem się w Anglii. Mieszkałem i - po demobilizacji - pracowałem w Londynie przez 6 lat. Tam też założyłem rodzinę, ożeniłem się z piękną Walijką. I tam przyszła na świat nasza pierwsza córka. 
  - Czy układając sobie to nowe życie, brał Pan pod uwagę powrót do Polski?
  -  Każdego dnia. Ale też, jak każdy z ponad 50. tysięcy Polaków tam czasowo zamieszkałych, obawiałem się powrotu do komunistycznej wówczas ojczyzny. 
 Kiedy mój przyjaciel Wacek Łobzowski, wbrew obawom, postanowił wrócić, uzgodniliśmy, że przyśle mi zaszyfrowaną wiadomość. Jeśli w liście znajdzie się zdanie: Wracaj do Polski jak najszybciej! miało to oznaczać: PRZYJACIELU, jest bardzo źle. Pozostań tam, gdzie jesteś. (chwila ciszy) I taka wiadomość właśnie nadeszła... 
 - Skoro spotykamy się tu, na amerykańskiej ziemi, znaczy to, że jednak opuścił Pan Anglię...
 - Wszyscy byliśmy niejako do tego zmuszeni. I rozjechaliśmy się po świecie. Wielu Polaków wyjechało do Australii, Kanady, Nowej Zelandii. Wielu, jak ja, wybrało Stany Zjednoczone.
 - W którym roku przybył Pan do New Britain?
 - To był rok 1951. Niemal od razu zatrudniony zostałem w Budney Industries. A zaraz potem, stając się członkiem nowego polonijnego klubu - Pulaski Democratic Club, rozpocząłem kurs na obywatelstwo amerykańskie. 
  - Dziś mówi się, że jest Pan najstarszym członkiem tego klubu...
  - To chyba prawda. Płacę składki członkowskie od ...65. lat (śmiech). 
  - Do etapu nowego życia w USA jeszcze powrócimy, natomiast teraz chcę zapytać, czy kiedykolwiek odwiedził Pan Polskę?
  - Oczywiście.  Moja pierwsza podróż miała miejsce już w 1956 roku. Odbyłem ją jako amerykański obywatel. Matki, niestety, już nie wziąłem w ramiona... Odeszła zanim doszło do tego spotkania....(chwila milczenia) Ponieważ po zakończeniu wojny, moje rodzinne miasto zostało formalnie włączone do ZSRR, najbliżsi trafili do Wałbrzycha. Jak wielu mieszkańców Borysławia. 
 - Jak Pan się czuł w tej "nowej" Polsce? 
  - Cieszyłem się bardzo ze spotkania z rodziną, ale - w pewnym sensie -  zostałem zmuszony do wcześniejszego powrotu do USA.
  - Zmuszony?
  - Nie czułem się pewnie. Przez wszystkie dni mojego tam pobytu miałem nad sobą/za sobą/obok siebie "państwową kontrolę". To było nie do wytrzymania...
Wróciłem więc do USA i rzuciłem się w wir pracy społecznej. Zapisałem się jeszcze do kilku innych polonijnych organizacji i - przez te wszystkie lata - przybliżałem sobie tę Polskę jak się tylko dało...(chwila ciszy, spowodowana bardzo głębokim wzruszeniem)
   - Panie Józefie, nie tylko sobie, innym także! 
   - Innym? 
   - Ależ tak! Doceniano to kiedyś i docenia się dziś. To przecież pod wpływem Pana społecznej pracy, była burmistrz naszego miasta - Linda A. Blogoslawski ogłosiła dzień 6 grudnia 1994 roku DNIEM JÓZEFA SMYKA w New Britain, gratulując Panu (...) osiągnięć w pracy społecznej, po to, by życie wielu ludzi stało się łatwiejsze i milsze (...).
 - A taaak, dziękuję za te słowa...I dziękuję, że poprawiła mi Pani humor. 
 - Skoro pojawił się uśmiech na Pana twarzy, to kolejne moje pytanie będzie należało do rodziny tych lżejszych. Lokalna Polonia postrzega Pana jako wyjątkowego tancerza. Skąd taka właśnie pasja?
 - Jaki tam ze mnie tancerz...(śmiech) W 1939 roku zapisałem się co prawda do szkoły w Borysławiu i od pierwszych lekcji wiedziałem, że taka forma ruchu daje mi dużo radości i satysfakcji. Ale wybuch wojny uniemożliwił mi kontynuowanie nauki. Jestem więc tancerzem tylko z zamiłowania. Bez kursów, bez szlifów. Bóg dał mi w darze wyczucie rytmu i tak sobie pląsam. Czasem sam, częściej z kobietami (śmiech). A jeśli wspomniałem już o boskim darze, to przyznam się Pani, że kiedy dziś zastanawiam się nad całym swoim życiem, to dochodzę do wniosku, że byłem szczególnie chroniony Bożą Opatrznością. Przeżyłem koszmar Sybiru, wojenną tułaczkę, pochowałem dwie żony...Mam 95 lat i ...wciąż tańczę. 
 - Panie Józefie, oby jak najwięcej jeszcze tego pląsania, a co za tym idzie radości w Pana życiu! Dziękuje bardzo za poświęcony mi czas i za tę poruszającą rozmowę.
 - Ja też dziekuję. I zapraszam Panią w środę do Senior Center w New Britain. Na ...potańcówkę (śmiech)