Jestem synem bohatera

Ojciec i syn

dział: wywiady
autor: Beata Kaczmarczyk
opublikowano: 2021-06-18 00:00:00

Oto opowieść Richarda, 61- letniego mężczyzny: - Pamiętam, miałem może 8 lat, gdy tata przedstawił mnie swojemu spotkanemu w USA kumplowi z czasów wojny, panu Bronisławowi Zającowi. "To właśnie jest mój syn, Richard. Polski chłopak" - powiedział z dumą. Jego głos lekko zadrżał, a w oku pojawiła się łza wzruszenia. Kumpel pokiwał głową: "Aha, to właśnie jest Richard, twój syn". Trudno opisać tę chwilę - jej naturalną wielkość, czułość. Czułem się fantastycznie, moje stopy ledwo dotykały ziemi. To krótkie zdarzenie naznaczyło mnie na całe życie. Czerpię z niego do dziś. Mój tata mnie kochał, był ze mnie dumny. Kochał mnie za... nic, bo wtedy nic się nie wydarzyło, "nie zasłużyłem" na tę dumę. Byłem wówczas spokojnym, raczej nieśmiałym chłopcem, bez szczególnych talentów czy dziecięcych "osiągnięć". Do dziś, gdy coś mi się nie udaje albo mam kiepski czas, moja pamięć podsuwa mi tamto zdarzenie. Czuję je w trzewiach, w kościach i uspokajam się. Wiem, że wszystko będzie dobrze, bo... tata mnie kocha, choć wiele lat temu odszedł do wieczności. Kiedy opowiadam tę historię innym mężczyznom, ci milkną, wzdychają, wzruszają się, nie dowierzają...   

  Dziś, w obliczu Dnia Ojca, Rich postanowił  - z podobną dumą i miłością!  -  odpowiedzieć na kilka pytań, związanych z postacią swojego taty,  życia z nim i obok niego. Chce także opisać jego pasje, które w genach po nim odziedziczył.  Siedzi więc przede mną lokalny wirtuoz harmonijki ustnej, polska ikona bluesowej sceny w Connecticut. Jak mówi o sobie: pół Amerykanin, pół Polak, a w poprzednim wcieleniu Indianin. Zanim jednak pada pierwsze pytanie, zerka na trzymaną w ręce fotografię i z refleksyjną nutą szepcze: Ponieważ faceci najczęściej wyznają sobie uczucia po alkoholu, a ja dziś już nie mam takiej możliwości, będę o Tobie opowiadał, TATO. Zawsze chciałem to zrobić, bo przecież...

JESTEM SYNEM BOHATERA
z Richardem Badowskim
rozmawia Beata Kaczmarczyk

   - Zanim poproszę Cię o kilka szczegółów na temat młodości twojego taty, chcę podkreślić, że zarówno ja, jak i inni twoi znajomi z portalu społecznościowego Facebook mieliśmy już okazję, choć po części, poznać tę jego historię. Umożliwiły nam to wspomnienia, które zamieszczasz na swoim profilu. Czym się kierujesz, przywołując je każdego roku, od wielu lat? 
   - Może wyprzedzę trochę fakty, ale już na wstępie chcę powiedzieć, że mój ojciec był Sybirakiem i żołnierzem II Korpusu Polskiego, pod wodzą generała Władysława Andersa. Ta jego historia towarzyszyła mi od dziecka. Opowiadał o swoich przeżyciach przy każdej nadarzającej się okazji. Szczególnie podczas kolacji wigilijnych. Grał wówczas na harmonijce ustnej nie tylko kolędy i pastorałki, ale także pieśni wojskowe. Niejako utrwalał w naszej pamięci fakty historyczne, o których wówczas nie mówiono w świecie. Zależało mu na tym, by jego bliscy dobrze znali tragiczne dzieje Polski. Zatem to, co robię na Facebooku, przy okazji kolejnych rocznic bitwy pod Monte Cassino, jest  jakby kontynuowaniem jego dzieła. 
Poza  tym, w taki właśnie sposób staram się utrwalać pamięć o nim i wyrażać dumę z faktu, że przyczynił się do zwycięstwa Polaków w bitwie, która była przecież  największą lądową bitwą w Europie podczas II wojny. Najcięższą i najkrwawszą. Nie ukrywam, że zależy mi także na tym, aby moi amerykańscy znajomi też poznali tę historię. Wiem już, że bywają zszokowani, zaskoczeni, a czasem nawet wzruszeni. 
   - Powróćmy zatem do młodości Leona Badowskiego, twojego taty. 
   - Ojciec urodził się 26 czerwca 1906 roku w miejscowości Gaj Ferdynandów, koło Ołyki, na Wołyniu.  Choć pochodził z dość biednej rodziny, jako młody, sprytny chłopak  pełnił obowiązki gajowego w lesie, przy zamku księcia Radziwiłła. Kiedy wybuchła II wojna światowa był już ojcem 4. letniego Mirka, a jego żona Wanda spodziewała się kolejnego dziecka.  Nie było jednak usprawiedliwienia - ojczyzna wzywała. Już 3 września, jako rezerwista, został powołany do wojska. Z tego co pamiętam, podczas kampanii wrześniowej brał udział w bitwie pod Sochaczewem, która była jednym z epizodów bitwy nad Bzurą. 
Niestety, kiedy ojciec snuł te opowieści, nie przyszło mi do głowy by to wszystko dokładnie spisywać. Dlatego przyznaję, że w tym miejscu jego życiorysu mam pewną lukę. Wiem, że po kapitulacji Warszawy, kiedy zakończyły się walki regularnych oddziałów Wojska Polskiego z agresorami, dostał się do niemieckiej niewoli, a następnie wrócił lub chciał wrócić na Wołyń. Pamiętam za to dokładnie ten fragment opowieści, który obrazował moment ponownego, nagłego aresztowania i wywiezienia na Sybir. To był październik lub listopad 1940 roku. Stał w kolejce za chlebem. Był w mundurze. Podeszli do niego żołnierze NKWD, nazwali go wrogiem państwa sowieckiego.
 (chwila milczenia)
Jego droga do syberyjskich łagrów trwała dwa tygodnie. Przebywał 17 miesięcy w miejscowości o trudnej do wymówienia i zapamiętania nazwie, którą zapisał na jedynym zdjęciu, pochodzącym z tamtego okresu. Niestety, mimo wielu prób, nie udało mi się zlokalizować tej miejscowości na mapie. 
  -  Co tata opowiadał o życiu na Syberii?
 - Wspominał nieludzie warunki bytowania, wysoką śmiertelność, spowodowaną katorżniczą pracą, głodem, mrozem, robactwem, chorobami i okrucieństwem personelu. Był bity i torturowany, czego wynikiem była dotkliwie złamana ręka, co widać na wspomnianym zdjęciu. Znacznie więcej mówił o swoim pobycie w 2 Korpusie Polskim, który zaczął się tworzyć na terenie ZSRS po wybuchu wojny III Rzeszy z Sowietami, a co za tym idzie po zawarciu układu Sikorski - Majski i tzw. amnestii dla obywateli polskich z Rzeczypospolitej: zesłanych, uwięzionych, deportowanych. Tata wstąpił do Armii Andersa 17 kwietnia 1942 roku. 
 - Skąd ta dokładność?
 - W naszym rodzinnym archiwum jest jego książeczka do modlenia z tamtych lat. On sam zapisał tę datę na jej okładce. Wiem, że mimo wyczerpania i braku sił był dumny z faktu służenia znów Polsce.  Z tą armią przeszedł cały szlak bojowy, który nie ma przecież sobie równych w historii: Persja, Irak, Palestyna, Syria, Egipt, Włochy. Z ogromnym wzruszeniem opowiadał o tym, jak rozsypani po "nieludzkiej ziemi" Polacy stawiali się na wezwanie generała Andersa, licząc na ocalenie. O tym, jak przekraczając granice Związku Sowieckiego mieli nadzieje na powrót do domów. A także o tym, że po przebyciu tego morderczego szlaku, stoczeniu wielu bitew, zdali sobie sprawę z tego, iż te nadzieje pozostaną niespełnione. Polska była w rękach komunistów. 
 Jako dziecku, najbardziej podobał mi się ten fragment jego wspomnień, który dotyczył smażenia jajek na masce samochodu. Działo się to podczas jego pobytu w Afryce. Natomiast jako nastolatkowi imponowało mi to, że przebywając na Bliskim Wschodzie i we Włoszech grywał w karty z samym Melchiorem Wańkowiczem, światowej sławy pisarzem, dziennikarzem, korespondentem wojennym, który jako uczestnik bitwy pod Monte Cassino opisał ją później w szczegółach w kilku swoich książkach. 
 - Pozwól zatem, że i my wrócimy do wydarzeń, których ukoronowaniem było zdobycia klasztoru na wzgórzu Monte Cassino. Czy wiesz w jakiej formacji służył tata i jaką rolę pełnił w tej bitwie?
   - Ojciec służył w 3. Dywizji Strzelców Karpackich gen. Bronisława Ducha, w 5. batalionie. Podczas tej bitwy o Rzym był kierowcą jeepa, wojskowego gazika. Dowoził na wzgórze amunicję, środki opatrunkowe i żywność. Zwoził natomiast rannych i tych, którym nie udało się przeżyć... Bywało, że były to ciała jego kolegów, bez nóg, bez rąk, czasem bez głów (chwila milczenia).
Straty tamtej bitwy wciąż szokują. Zawsze sądziłem i dalej sądzę, że tata był bardzo silnym psychicznie mężczyzną. Nigdy nie potrafił jednak powstrzymać łez, kiedy w różnych okolicznościach i miejscach słuchał pieśni "Czerwone maki na Monte Cassino". Płakał wtedy jak dziecko.
  - Jak potoczyły się  jego losy po zakończeniu wojny?
 - Dotarł z armią Andersa do Anglii. Po demobilizacji, jak niemal wszyscy żołnierze, obawiał się powrotu do Polski. Był świadomy tego, że jego i jego rodzinę czeka piekło, stworzone przez komunistów. Co prawda nawiązał kontakt z najbliższymi, ale cierpiał.  Musiał próbować układać sobie życie, wierząc, że kiedyś sytuacja się zmieni i wróci w rodzinne strony. Najboleśniejszą tam chwilę przeżył jednak  w 1947 roku, gdy dotarła do niego informacja o śmierci żony. Osierociła 12. letniego wówczas Mirka i 7. letniego Walerka, którego nigdy przecież nie wziął nawet w ramiona (chwila ciszy). Opiekę nad synami przejęła wówczas kuzynka taty, która mieszkała już na Śląsku Opolskim. 
  - Zatem, jak długo ojciec czekał na spełnienie marzeń o powrocie do Polski? 
  - Długo, bardzo długo. Sytuacja  przybrała niespodziewany obrót. W 1948 roku musiał opuścić Anglię, dokonując tym samym wyboru kraju, w którym chciałby zamieszkać.  Nie mogąc wrócić do Polski, udał się wówczas do Argentyny, do  Buenos Aires, gdzie mieszkał jego kolega. Przebywał tam do 1958 roku, kiedy to inny z kolegów, mieszkający w USA, a dokładnie w New Britain,  adwokat Adolf Wilk  - zaprosił go do siebie. 
       
   -  Czyli nie Polska, a Stany Zjednoczone i Connecticut...
  - Tak. Pewnie jesteś zaskoczona, ale przyznam, że ja też...Nigdy nie miałem śmiałości zapytać o to, dlaczego tak się stało. Odpowiedź na to pytanie zabrał do grobu. Wiem, że utrzymywał z synami kontakt i wspierał ich jak mógł; że często wysyłał paczki. 
   - Czy Ameryka przyjęła tatę z otwartymi ramionami?
  - Jak  było z ramionami Ameryki, tego nie wiem dokładnie. Początki wspominał  nie najgorzej. Wiem natomiast (śmiech), że szybko wpadł w ramiona pięknej Julii, czyli mojej mamy. Poznali się na polskiej zabawie właśnie w New Britain. Mama urodziła się  w Hartford, ale w polskiej rodzinie, która pochodziła z Galicji, z miejscowości Potok Złoty koło Buczaczu. Była wdową, miała 10 - lenią córkę. Jej ojciec, a mój dziadek pracował w amerykańskim cyrku, był połykaczem szabel. Oprócz tego był nieziemsko uzdolniony muzycznie, grał na wielu instrumentach. Jeden z nich, ponadstuletni  dziś klarnet,  dostałem po nim w spadku.
   - Stop, stop! Jesteśmy teraz z chronologią na bakier. Zboczyliśmy  nieco z poukładanej dotąd drogi naszej rozmowy. Wróćmy zatem do... twoich narodzin.
   - Rodzina to świętość, jak mawiał ojciec. Zatem najpierw przedstawiłem moich bliskich (śmiech). Ale do rzeczy. Urodziłem się w listopadzie 1959 roku, zatem dość szybko po tamtej zabawie (śmiech). Naszym pierwszym rodzinnym gniazdkiem był apartament wynajęty przy Washington Street w New Britain. Potem na krótko staliśmy się mieszkańcami Nowego Jorku (Brooklyn), a następnie wróciliśmy do Connecticut, do Litchfield. Ojciec pracował wówczas na farmie, której właścicielem był znany doskonale całej Polonii pan Michalel Budney. Kiedy nadszedł ten moment, że rodzice mogli pozwolić sobie na spełnienie marzenia o kupnie domu, staliśmy się mieszkańcami Torrington (CT). Mama zajmowała się dziećmi  i domem, natomiast  tato, by utrzymać chociaż średni poziom życia naszej rodziny i wspierać synów w Polsce - zatrudnił się w fabryce obróbki metalu Torrington Company, a także jako piekarz we włoskiej restauracji, i - jako woźny - w kościele katolickim w downtown Torrington. Mieszkaliśmy tam od 1962 do lata 1969. To był chyba najszczęśliwszy okres życia naszej rodziny. W 1966 roku dołączył do nas, na jakiś czas, Walerek, czyli ten syn taty, z którym się nigdy wcześniej nie spotkał. Tamtą radość, tamto wzruszenie ojca i mojego przyrodniego brata noszę w pamięci do dziś.
  - Powiedziałeś, że sielanka trwała "do lata 1969". Co ją zatem przerwało?
  - Hmm...Choroba. W 63. roku życia tato miał pierwszy zawał. Ponieważ przez długie lata palił papierosy, pojawiły się też problemy z płucami. Musiał więc pogodzić się z faktem, że nie może pracować. Ponieważ był jedynym wówczas żywiciele rodziny, nie było to łatwe. Codzienne, wielogodzinne  rozmyślania o przyszłości zaowocowały decyzją o ...powrocie do Polski. 
   - ????!!!
  - Tak, dobrze słyszysz. Po pierwsze odezwała się w nim wówczas ogromna tęsknota. Jak wspominałem na wstępie, zawsze był dumnym Polakiem. Angażując się w społeczną pracę na rzecz Polskiego Domu Narodowego w Torrington, podsycał ją jeszcze bardziej. Po drugie, za poradą swoje brata uznał, że  świadczenia z Social Security, które jako niezdolny do pracy otrzymywał, pozwolą nam łatwiej żyć nad Wisła, niż w USA. 
  - Ale to był przecież trudny do życia okres w dziejach Polski. Kryzys polityczny w epoce Gomułki...
  - Decyzja jednak zapadła, nie było odwrotu. Nie oznacza to, że opuściliśmy Stany Zjednoczone w ciągu kilku tygodni. Przygotowania trwały rok. Załatwianie wszelkich formalności, przeprowadzka do New Britain, do wynajętego znów apartamentu przy Clinton Street. I ...zakupy.
 - W tak tajemniczy sposób wypowiedziałeś słowo "zakupy", że zapytam o szczegóły. 
   - Moja mama było kobietą bardzo pokorną, ale i zaradną. Do kufrów, które ojciec skupował na "tag sales" lub sam konstruował, mama pakowała nie tylko nasz dobytek, ale także niesamowitą ilość nowej odzieży, która miała nam wszystkim wystarczyć na bardzo długi czas. Ja skończyłem wówczas dziesięć lat, a w naszych bagażach były na przykład spodnie dla mnie, które miałem nosić w wieku lat 18. 
  - Nie zapytałam o to wcześniej, ale teraz chyba już powinnam. W jakim stopniu miałeś wówczas opanowany język polski? 
  - Chodziłem do amerykańskiej  szkoły i w domu rozmawialiśmy głównie po angielsku. Ale uwierz, za sprawą taty polszczyzna była w naszej rodzinie wszechobecna. Ja już wtedy czułem się Amerykaninem i jednocześnie Polakiem. Tak pół na pół. A wracając do tematu "szkoła", to jako ciekawostkę dodam, że przez ten roku przygotowań do wyjazdu miałem chodzić do 4 klasy szkoły w New Britain. I chodziłem, ale...tylko przez 3 dni. 
  - Jak mam to rozumieć?
  - Wystarczyło tyle czasu, żebym został dotkliwie pobity. Żeby duża część ołówka została wbita między moje żebra. Wówczas to mama podjęła decyzję: uczyła mnie sama w domu. Tak czy owak, straciłem ten rok nauki. W nowym kraju zacząłem edukację znów od klasy czwartej.
   - Hola, hola, nie tak szybko. Zanim znalazłeś się w w nowym kraju, w nowej szkole, wiele musiało się jeszcze wydarzyć... 
   - (śmiech) To oczywiste. Latem 1970 roku, mając prawie 11 lat, ubrany w garnitur (podobnie jak ojciec) wszedłem na pokład flagowego statku Polskich Linii Oceanicznych - Stefan Batory. Z nami był nasz bagaż: 35 ogromnych kufrów,  30 walizek i wspaniały krążownik Lincoln Mercury, pod którego podwoziem tata zakamuflował kilka kartonów papierosów Marlboro...


                                                                                                                                                                               ciąg dalszy za tydzień