Jestem synem bohatera cz.2

Ojciec i syn

dział: wywiady
autor: Beata Kaczmarczyk
opublikowano: 2021-07-04 00:00:00

Oto opowieść Richarda, 61- letniego mężczyzny: - Pamiętam, miałem może 8 lat, gdy tata przedstawił mnie swojemu spotkanemu w USA kumplowi z czasów wojny, panu Bronisławowi Zającowi. "To właśnie jest mój syn, Richard. Polski chłopak" - powiedział z dumą. Jego głos lekko zadrżał, a w oku pojawiła się łza wzruszenia. Kumpel pokiwał głową: "Aha, to właśnie jest Richard, twój syn". Trudno opisać tę chwilę - jej naturalną wielkość, czułość. Czułem się fantastycznie, moje stopy ledwo dotykały ziemi. To krótkie zdarzenie naznaczyło mnie na całe życie. Czerpię z niego do dziś. Mój tata mnie kochał, był ze mnie dumny. Kochał mnie za... nic, bo wtedy nic się nie wydarzyło, "nie zasłużyłem" na tę dumę. Byłem wówczas spokojnym, raczej nieśmiałym chłopcem, bez szczególnych talentów czy dziecięcych "osiągnięć". Do dziś, gdy coś mi się nie udaje albo mam kiepski czas, moja pamięć podsuwa mi tamto zdarzenie. Czuję je w trzewiach, w kościach i uspokajam się. Wiem, że wszystko będzie dobrze, bo... tata mnie kocha, choć wiele lat temu odszedł do wieczności. Kiedy opowiadam tę historię innym mężczyznom, ci milkną, wzdychają, wzruszają się, nie dowierzają...   

  Przy okazji obchodów  Dnia Ojca, Rich postanowił  - z podobną dumą i miłością  -  odpowiedzieć na kilka pytań, związanych z postacią swojego taty,  życia z nim i obok niego. Chce także opisać jego pasje, które w genach po nim odziedziczył.  Siedzi więc przede mną lokalny wirtuoz harmonijki ustnej, polska ikona bluesowej sceny w Connecticut. Jak mówi o sobie: pół Amerykanin, pół Polak, a w poprzednim wcieleniu Indianin. Zanim jednak pada pierwsze pytanie, zerka na trzymaną w ręce fotografię i z refleksyjną nutą szepcze: Ponieważ faceci najczęściej wyznają sobie uczucia po alkoholu, a ja dziś już nie mam takiej możliwości, będę o Tobie opowiadał, TATO. Zawsze chciałem to zrobić, bo przecież...

JESTEM SYNEM BOHATERA
z Richardem Badowskim
rozmawia Beata Kaczmarczyk
 CZĘŚĆ II: SYN  - ciąg dalszy z poprzedniego numeru 

 Pierwszą część tego wywiadu, opatrzoną podtytyłem OJCIEC, można przeczytać  tu http://polskiexpress.com/articles/read/64
 Dziś mój rozmówca, z perspektywy pytań i odpowiedzi, będzie uważnie przyglądał się także swojemu życiu,
ucząc się siebie i ...innych. 
I tylko czasem w jego oczach COŚ błyśnie. To coś słychać doskonale w jego muzyce... 

        
 - Mówi się, że transoceaniczne podróże Stefanem Batorym to była magia. Jak ty, jako dziecko, odbierałeś tę wyprawę "Stefciem"? 
 - Ta podróż robiła wielkie wrażenie. Płynęliśmy chyba 10 dni. Myślę jednak, że ci pasażerowie, którzy udawali się,  jako to zabawnie określiłaś - "Stefciem',  z Polski do USA byli bardziej urzeczeni. Wypływali przecież z kraju komunistycznego. A co do mnie, to byłem zachwycony basenem, kinem i salą do zabaw dla dzieci. Bary i restauracje mnie jeszcze wtedy nie interesowały (śmiech). Najbardziej jednak utkwiły mi w pamięci dwie chwile z tej podróży. Moment, kiedy podnośnik ładujący nasz samochód na statek uniósł go na tyle wysoko, że widać było te wspomniane już wcześniej przyklejone do podwozia kartony papierosów. Tata tego nie przewidział. Musiał się bardzo mocno tłumaczyć i oczywiście skonfiskowano cały ten "towar".  Przyznam, że nie czułem się wówczas z tym dobrze. Drugi wyjątkowy moment to chwila, kiedy zeszliśmy już z pokładu i w porcie witaliśmy się z rodziną. Scenę powitania taty z synami mam przed oczami do dziś. Ze starszym, Mirkiem - nie widział się przecież prawie 30 lat (chwila ciszy). 
- Ujrzałeś więc Polskę, o której tak wiele opowiadał tata. Jakie było twoje pierwsze wrażenie? 
 - Byłem dzieckiem, więc wszystko co nowe, było dla mnie ciekawe. Niemal z miejsca zachłysnąłem się naturą, wsią. Biegałem za kurami, zbierałem krowie łajno, chodziłem na grzybobranie, biegałem po lasach, do których mogłem swobodnie wchodzić, bawiłem się  jaszczurkami (śmiech). Natomiast niemały szok spowodował fakt, że istniał tylko jeden program telewizyjny, a na dodatek nadawany był w odcieniach czerni i bieli. W USA oglądałem przecież programy w pełnym kolorze na 7. wówczas kanałach. Brakowało mi też bardzo chipsów. W Polsce mało kto wówczas o czymś takim słyszał. W jakimś sensie tęskniłem też za gwarem ulic i kolorowymi samochodami. Z niedowierzaniem patrzyłem na starsze kobiety, które jeździły na rowerach do kościoła. Odczuwałem także brak muzyki, którą pokochałem będąc jeszcze w pieluchach (śmiech). W żadnej z audycji nie grano moich ulubionych przebojów zespołu The Beatles, Janis Joplin czy Jimiego Hendrixa.
- A jak te życiowe zmiany przyjęła mama?
-  Przez pierwsze miesiące bardzo płakała. Mówiła, że cofnęliśmy się w czasie o 50 lat. Z kapitalizmu do socjalizmu. Tato zapewniał ją, że się przyzwyczai, ale nigdy tak się nie stało... Nie mogła jednak narzekać na braki finansowe. Pieniądze, które otrzymywaliśmy z Social Security, pozwalały żyć na bardzo dobrym poziomie, choć w sklepach niewiele można było kupić. 
- W jakim rejonie Polski zamieszkaliście? 
 - Naszym przewodnikiem w nowym miejscu był mieszkający na Śląsku Opolskim mój przyrodni brat Walerek, który w ówczesnych realiach życia potrafił załatwić niemal wszystko. Przez pierwsze tygodnie zakwaterował nas we wsi Złotniki koło Opola, a później w poniemieckiej wsi Narok, która nie była zbyt przyjaznym dla nas miejscem. Zdarzało się, że na murach i oknach domu malowano nam swastyki. Tata milczał, ale bardzo cierpiał... Na szczęście w 1973 roku staliśmy się mieszkańcami miasta Niemodlin, także na Opolszczyźnie, które słynie z oryginalnego rynku, wyróżniającego  się nietypowym kształtem (tzw. ulicówka). Perłą tego miasta jest natomiast jeden z najpiękniejszych polskich zamków. I właśnie w tym książęcym zamku pobierałem nauki, uczyłem się języka polskiego (śmiech).
 - ???!!!
 - Był taki czas, że remontowano szkołę podstawową, do której uczęszczałem. To było chyba w 7 i 8 klasie. Na ten czas zaadoptowano komnaty zamku jako klasy. 
 - Skoro poruszyłeś temat edukacji, to powróćmy do tego momentu, kiedy po raz pierwszy przekroczyłeś próg polskiej szkoły. Jak wspominasz tamte chwile?
 - Szczerze powiedziawszy, czułem się dziwnie. Pod szkołę podjechaliśmy z tatą naszym krążownikiem, który z trudem mieścił się w uliczkach. Moi przyszli koledzy oglądali jednak nie tylko samochód, ale także mnie. Chyba wydawałem im się człowiekiem z innego świata. Na szczęście dość szybko udało mi się złapać z nimi kontakt, choć mój język polski pozostawiał  wiele do życzenia. Uczęszczałem więc na korepetycje, ale tylko przez 5 miesięcy. Po tym czasie dawałem już sobie nieźle radę.
Będę teraz próżny, ale jako ciekawostkę dodam, że miałem spore powodzenie u koleżanek (śmiech). Nazywały mnie "Cyganem w trampkach". 
Kontynuując zatem temat dziecięcej miłości (śmiech), tym razem jednak twojej do muzyki, zapytam o to, czy uczęszczałeś na pozalekcyjne zajęcia śpiewu lub gry na jakimś instrumencie?
- Tak. Udało mi się ubłagać tatę, aby zapisał mnie na lekcje gry na gitarze. Chciałem być drugim Johnem Lennonem. Kochałem muzykę zespołu The Beatles, będąc zresztą do pewnego czasu przekonanym, że pochodzi on z USA. Podczas tych lekcji byłem pilnym uczniem i gejzerem radości. Niestety, tylko do chwili, kiedy to nauczyciel poinformował tatę, że muszę mieć własną gitarę. O tym nie było nawet mowy. Do dziś pamiętam słowa, które wówczas wypowiedział: "Zaczniesz się wciągać i staniesz się jednym z tych długowłosych grajków. Nie zgadzam się. "
- Ciekawe co teraz tato myśli, kiedy patrzy z góry na twoją obecną fryzurę...
 - Pewnie nie jest zadowolony, ale mam nadzieję, że próbuje mnie rozumieć. A co do włosów, to zawsze miałem bardzo króciutko ścięte. Moim fryzjerem był bowiem... tata. Nie było mi z tym lekko, bo czasy w których dorastałem to okres ruchu hippisowskiego, długowłosych "dzieci kwiatów", które inspirowały starszych i młodszych. 
Mało tego, w licealnych latach byłem krótkowłosym  wokalistą rockowego zespołu, który prowadził mój nauczyciel muzyki. Nie dane mi było w nim grać na gitarze, ale doceniono mój słuch, zamiłowanie do muzyki, a przede wszystkim znajomość języka angielskiego. A skoro już tyle o sobie powiedziałem, wyznam i to, że śpiewałem na wiejskich weselach. Co się napatrzyłem -  to moje (śmiech). 
To dopiero wiadomość (śmiech)! Ale pozwól, że wrócimy do gitary, bo intryguje mnie ten wątek. 
- Kupiłem ją sobie sam. Ale dopiero po śmierci taty (chwila milczenia). Odszedł 1 października 1978 roku. 
- Ile miałeś wtedy lat?
- Prawie osiemnaście (chwila ciszy). Ale tata potraktował mnie wówczas już jako dojrzałego, odpowiedzialnego mężczyznę. Na łożu śmierci skierował bowiem do mnie słowa, które noszę w sercu: Rysiu, to nie jest Polska za którą tęskniłem; którą chciałem wam pokazać. Zabieraj rodzinę i wracajcie do Stanów, tam jest wasze miejsce. 
Przejmujące ...Czy wypełniłeś wolę ojca? 
- Oczywiście, zawsze był, jest i będzie dla mnie największym autorytetem, moim bohaterem. Nie wróciliśmy jednak do USA tak z dnia na dzień. Opuściliśmy Polskę dopiero 14 września 1981 roku, trzy miesiące przed wybuchem stanu wojennego i dokładnie w pierwszą rocznicę mojego ślubu.
 -  Ślubu?! 
 - Kiedy rozpoczęliśmy przygotowania do powrotu, zdałem sobie sprawę z tego, że albo będę musiał opuścić dziewczynę, z którą tworzyłem wówczas fajną parę, albo ją poślubię i zabiorę ze sobą do Stanów. Wybrałem tę drugą drogę. Przylecieliśmy więc we trójkę - mama, moja żona i ja. Siostra poleciała  pięć miesięcy po śmierci taty, aby przygotować nam  grunt do wstępnego egzystowania. Nie staliśmy bowiem dobrze finansowo. W chwili gdy wylądowaliśmy w USA, ja miałem w kieszeni 187 dolarów. Nasz bagaż też był dużo skromniejszy: zaledwie 5 kufrów i 5 walizek. 
 - I znów zapytam o wrażenia. Tym razem z momentu zetknięcia się z amerykańską ziemią?
 - Kiedy opuszczaliśmy samolot, schodząc po dostawianych schodkach, moja mama padła na kolana, płakała i całowała płytę amerykańskiego lotniska... Wróciła do DOMU. Nastrój tamtej chwili i mnie się po części udzielił, wszak jak też wróciłem do kraju mojego urodzenia (chwila ciszy). 
 - Pierwsze miesiące waszego pobytu w USA zapewne do łatwych nie należały...
 - Liczyliśmy się z tym. Na początku podjąłem pracę jako pomoc kelnerów we włoskiej pizzerii, w której pracowała moja siostra. Głównie - zmywałem stoły. Po kilku miesiącach, wraz z żoną, podjęliśmy pracę w kuchni, w eleganckiej restauracji. Pracowałem po 80. godzin tygodniowo, by zarobić na jakiś samochód.  Po czterech latach kupiliśmy dom w Springfield (MA). Międzyczasie przyszła na świat nasza córką. Ale niestety, nasze małżeństwo nie przetrwało. Mówię o tym, bo moment naszego rozstania stał się początkiem mojej miłości do bluesa.
- Czyli do muzyki podszytej smutkiem... 
- Tak... Tematyka utworów bluesowych częstokroć skupia się wokół realistycznie ujętych relacji damsko-męskich: miłość, rozpacz, zazdrość, wierność, samotność. Ale jednak nie tylko. 
- Jako że jesteś dziś dla mnie i nie tylko dla mnie - ikoną sceny bluesowej w Connecticut, zapytam o kolejne etapy drogi, która cię do tego miejsca doprowadziła. Znam już początek i stan obecny.
- Muszę zacząć od rosnącej z dnia na dzień mojej fascynacji harmonijką ustną. Wspominałem już, że grał na tym instrumencie mój tata. Byłem więc osłuchany z jego brzmieniem. Kiedy natomiast chodziłem do liceum w Niemodlinie, od czasu do czasu spotykaliśmy się w lokalnym parku, aby trochę pograć na wyjątkowo modnych wówczas gitarach. Muzykował wtedy z nami Artur, który dopełniał dźwięk gitar grą na harmonijce ustnej. Był w tym bardzo oryginalny. Podobało mi się to bardzo. 
Dziś zastanawiam się, dlaczego dopiero po powrocie do USA spróbowałem swoich możliwości w kontakcie z tym instrumentem, bo to była fascynacja od - jakby to powiedzieć...  
- Od pierwszego wdmuchnięcia i wciągnięcia powietrza (śmiech). 
- Niech tak będzie. Ten pierwszy raz postawił harmonijkę w centrum moich codziennych zainteresowań. "Rozumieliśmy się" doskonale. Ona wyrażała co czuję. Wolałem się nią posługiwać, niż mówić, bo wtedy wszystko było zupełnie naturalne, takie niewymuszone. W wynajętym dla siebie mieszkaniu w East Hartford grałem w każdej wolnej chwili. To była dla mnie ogromna przyjemność. Kiedy nadarzały się okazje, aby podczas spotkań z kolegami coś zagrać, byłem pozytywnie postrzegany. To dodawało mi odwagi, aby najpierw spróbować swoich sił na różnorakich otwartych konkursach dla amatorów w klubach bluesowych, a potem przyjmować pierwsze propozycje współgrania z zespołami. Ta przygoda trwa już ponad 35 lat, ale podkreślam, że wciąż czuję się amatorem, bo oddaję się muzyce hobbistycznie, niezawodowo.
 - Powiem tak: Titanica zbudowali profesjonaliści, a Arkę Noego amatorzy, więc.. Ale wróćmy do pytań. Jaki moment w tym twoim muzykowaniu uważasz za szczególny?
 - To była wizyta przyszłego szwagra (śmiech), wspomnianego już Artura, który grał na harmonijce w niemodlińskim parku. Ponieważ "sprowadziłem" go z Włoch do USA, miałem blisko przyjaciela, z którym łączyła mnie także pasja gry na harmonijce. Razem zaliczaliśmy koncerty wielkich gwiazd, razem grywaliśmy. Podczas wspomnianej wizyty, Artur wręczył mi kasetę, która niejako odmieniła moje spojrzenie na harmonijkę ustną. Znajdowały się na niej nagrania amerykańskiego jazzmana, aktora, aż w końcu wirtuoza harmonijki chromatycznej, Larrego Adlera. 
- Czy mówisz o tych nagraniach z orkiestrą, kiedy wykonywał m.in. "Błękitną rapsodię" w duecie z George'em Gershwinem?  
 -Tak. Czyli znasz je, super! To są fenomenalne utwory! Po ich kilkakrotnym wysłuchaniu dotarło do mnie, że harmonijka to nie tylko blues i country, ale także inne gatunki muzyki,  Zacząłem eksperymentować i robię to do dziś. Kiedy odwiedzam z harmonijką domy dla ludzi starszych (nursing homes), by im trochę urozmaicić życie, mają możliwość wyboru muzyki, którą lubią. Gram więc dla nich także przeboje rockowe, folkowe, funkowe, a nawet hity muzyki poważnej. Zauważyłem przy tym, że ludzi z chorobą Alzheimera lubią szczególnie bluesa. Z kolei dzieci, uczniowie autobusu szkolnego, którego jestem kierowcą, dokonując wyboru -  odrzucają bluesa niemal całkowiecie. Preferują za to wesołą muzykę, którą komponuję z myślą o nich i o zwierzętach.  
 - Zatem nie tylko grasz, śpiewasz, ale i komponujesz. Nawet dla zwierząt (śmiech). Imponujące. Czy zastanawiałeś się kiedyś, który koncert, solo lub z zespołem, uważasz za najważniejszy?
 - Przez lata, jeszcze przed pandemią, grywaliśmy głównie w weekendy. I każdy koncert był dla mnie na swój sposób inny i ważny. Serio. Na przykład koncerty podczas festiwali Małej Polski w New Britain bardzo mnie wzruszały. Bowiem dziwnym zbiegiem okoliczności przydzielano nam  "scenę" w pobliżu Washington Street, czyli blisko mojego pierwszego domu. Były zatem dreszcze. 
Bardzo mocno łechtające moją duszę były występy w Polsce. Koncertowałem oczywiście na Opolszczyźnie, a dokładnie w samym Opolu i Kędzierzynie - Koźlu.To było takie moje małe, bardzo sentymentalne turnee. Na pewno na zawsze pozostaną też w mojej pamięci koncerty, które graliśmy podczas ogólnoświatowych konkursów bluesowych - International Blues Challenge w Memphis w stanie Tennessee. Po wygraniu eliminacji lokalnych w Connecticut, udało mi się być tam z zespołem "Rich Badowski Blues Band" aż dwukrotnie, w roku 2012  i 2018. Byliśmy wówczas wśród największych wirtuozów bluesa. Ponad 250 zespołów z całego świata. Zero spania, 100 % grania i śpiewania (śmiech).
 - Aż ciśnie mi się teraz na usta pytanie: "Co na to wszystko żona?" 
 - Żona też kocha muzykę, więc mnie rozumie. Zna klimaty. Pracowała kiedyś w radiu Opole i była solistką wyjątkowo oryginalnego zespołu country - Hagoka Band, który jeżdżąc po Polsce, koncertował głównie na swojej ciężarówce. Pięknie śpiewa! Jest też piękną, mądrą żoną, wspaniałą matką dla naszej córki Kiary, koleżanką mojej pierwszej żony i przyjaciółką starszej córki. 
  - Czy zanim cię poślubiła, była twoją fanką? 
 - Nie. To zupełnie inna historia. Co prawda napomknąłem już o tym, ale teraz jest okazja na dopełnienie tematu: Ewa jest młodszą siostrą Artura, o którym już dwukrotnie wspominałem.Przyleciała do USA w odwiedziny do brata i "kliknęło" między nami.  Zakochałem się już na lotnisku, kiedy ją odbieraliśmy. A później było tylko lepiej. I oby tak było dalej. 
- Właściwie moglibyśmy tym budującym i rozczulającym stwierdzeniem zakończyć tę rozmowę, ale w moich notatkach są jeszcze trzy hasła: płyta, ogród i grzyby (śmiech).
-  Jeśli pozwolisz zacznę od płyty, którą wydaliśmy jako zespół Rich Badowski Blues Band Nosi ona tytuł: "It's about time", bo faktycznie był już czas, żeby to zrobić. 
Są na niej dwie moje własne kompozycje. Mam nadzieję, że nie będzie to jedyne nasze muzyczne dziecko. Przymierzamy się właśnie do drugiego krążka, ale w tych dziwnych czasach trudno o konkretne daty. A jeśli chodzi o moją pasję związaną z uprawianiem ogródka, to zaszczepił ją we mnie mój tata. O dziwo, kiedy byłem chłopcem i musiałem mu pomagać, zajęcie to nie sprawiało mi żadnej przyjemności. Dziś, kiedy wracam z pracy domu, już się cieszę, że za chwilę znów będę w moim "warzywniaku" i będę "odpoczywał", kreując zieloną przestrzeń wokół naszego domu. Po prostu kocham to robić! 
 - Strasznie dużo tego kochania w twoim życiu (śmiech)
 - To chyba dobrze (śmiech). Kocham też, jak już wiesz, zbierać grzyby, co nie jest w USA wcale popularne. To też zasługa ojca. Będąc w Polsce, często chodziliśmy razem na grzybobranie. To był taki nasz męski czas w lesie. Trochę rozmowy, trochę wymownego milczenia. A jeśli przynieśliśmy do domu pełne kosze maślaków i borowików, czekały nas kolejne godziny wspólnego ich obierania i bliskiego ze sobą obcowania. Dziś wiem, że to były bezcenne chwile i bardzo za nimi tęsknię.  
A ja wiem, że z bardzo wielu powodów warto było tę rozmowę z tobą przeprowadzić. Z jednej strony dwa portrety -  ojca i syna, z drugiej -  lekcja życia dla czytelnika. Jeśli jednak pozwolisz, zadam ci jeszcze jedno, ostatnie już pytanie: Czy lubisz być Polakiem? 
  - (chwila milczenia) Przede wszystkim dziękuję, że właśnie tak je sformułowałaś... Czuję się Polakiem i lubię nim być. Jeśli byłoby to możliwe, mieszkałbym 6 miesięcy w Polsce i 6 w USA. A ponieważ wywołałaś we mnie tym pytaniem wewnętrzne poruszenie - wyznam, że zdarza mi się płakać podczas słuchania polskiego hymnu. I nie wstydzę się tych łez. Nierzadko czuję wtedy, jak ręka taty głaszcze mnie po głowie. I wyraźnie nie przeszkadzają mu na niej moje długie włosy...